Gdy otworzyłam oczy był już wieczór. Wielka ognista kula zwana potocznie “słońcem” chyliła się ku zachodowi, rzucając długie cienie na drogę. Rozejrzałam się zdezorientowana, zastanawiając się co wybudziło mnie z błogiego snu. Najpierw w oczy rzucił mi się stojący opodal koń Pożal Się Boże Logana. Zmęczony zwierzak, stał na trzęsących się nogach, zanurzając pysk w pobliskim strumieniu, i pić łapczywie. Zeskoczyłam czym prędzej z Haru i podeszłam spokojnie do rumaka. Gdzie jest ten idiota?! Jak mógł doprowadzić swojego konia do takiego stanu?! Zawrzałam w środku, mając ochotę ukatrupić białowłosego. Wierzchowiec, prawdopodobnie wyczuwając mój nastrój, cofnął się parę kroków. Natychmiast uspokoiłam oddech i z delikatnym uśmiechem, ponownie zbliżyłam się do wierzchowca.
- Już maleńki. Ciii. Zajmę się tobą - szepnęłam do końskiego ucha, które skierowało się w moją stronę.
Przesunęłam dłonią od szyi zwierzęcia, aż do jego boku, gdzie rozpięłam ciasno zaciśnięty popręg. Widziałam jak zmaltretowany ogier, nadyma się i wypuszcza z ulgą powietrze. Przewiesiłam popręg przez siodło i podciągając do góry strzemiona, zsunęłam ciężar na ziemię. Zwierzak potrząsnął całym ciałem, jakby pragnąc pozbyć sie sztywności mięśni. Na kolejny ogień poszło ogłowie. Oczywiście pamiętałam, żeby przedtem spętać konia. Mimo wszystko nie chciałam by ten biedak, sploszywszy się, uciekł w kierunku armii Ciernia, a co gorzej w kierunku dzikich gniazd smoków. Smoczęta o tej porze roku były zawsze niesamowicie wygłodniałe. Gdy tylko to pomyślałam poczułam oburzenie Haru. Chyba nigdy nie przestanie mnie zachwycać więź między jeźdźcem, a smokiem.
Po dokładnych oględzinach wierzchowca Logana, z ulgą stwierdziłam, że nic poza przemęczeniem mu nie dolega. Najwyraźniej czekała nas chłodna noc na pustkowiu. Pomasowałam skronie palcami przymykając oczy. Musiałam rozplanować obozowisko. Wpierw trzeba było wybrać dogodne miejsce dla ogiera. Chciałam żeby biedak miał jak najwygodniej. Dlatego też wyciągnęłam zwinięty płaszcz z luki przy siodle i odkryłam nim grzbiet konia, niby derką. Przywiązałam go jeszcze do długiego powrozu, a ten do wysokiego drzewa. Wszelka roślinność wyższa niż przeciętny krzew była rzadkością na równinie, dlatego też bardzo ucieszyłam się zauważając je oddalone o sto metrów.
Po rozkulbaczeniu Haru, rozwinęłam posłanie na ziemi i przy pomocy mojego smoka rozpaliłam ogień. Jak co wieczór upiekłam trochę mięsa a resztki rzuciłam. Ten spałaszował je w zastraszającym tempie, a gdy oświadczyłam mu że na resztę musi sam zapolować, posłał mi pełne wyrzutu spojrzenie. Roześmiałam się tylko i pogłaskałam jego śliskie, lśniące w blasku płomieni łuski.
<Logan? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz