Obudziłem się po dość długiej drzemce, jak się potem okazało. Po Niemej, moim koniu nie było śladu. Zerwałem się na równe nogi, przy czym omal bym się potknął o władne nogi. Rozejrzałem się wokół, lecz nie dostrzegłem nikogo. Westchnąłem, bo co więcej mogłem zrobić? Tak, racja. Mogłem jedynie wrócić do miasta.
Tak właśnie zrobiłem. Wróciłem do swojej kwatery, ciasnej klitki, którą wynająłem na szybko zaraz po przybyciu na wyspę. Mogłem zacząć zupełnie nowe życie, z dala od sługów Ciernia, zbrodni, czy niewoli. Sam tak długo w niej przebywałem, aż stałem się jednym z jego pionków. Przestałem nawet odróżniać dobro od zła. Jednak dobro nie opuściło mojego serca, ono wciąż w nim było. Gdy odwiedzałem Varusa, gdy przyglądałem się niedoli innych więźniów coś się we mnie obudziło. Empatia. Zacząłem współczuć, czuć ból tych, którym go zadawałem. Gdy stało się to nie do wytrzymania przestałem uczestniczyć w torturach. Coraz częściej wychodziłem poza twierdzę, aby pomyśleć. I teraz są tego efekty.
Jestem wolny.
Choć nie mogę zapomnieć o swojej przeszłości, to przyszłość stanęła przede mną otworem. Wreszcie mogłem decydować sam za siebie. Nie słuchać niczyich rozkazów. Być panem samym dla siebie.
Spędziłem w swojej kanciapie dwa dni, które zresztą przespałem. Dobrze mi to zrobiło, potrzebowałem snu. Potrzebowałem spokoju. Gdy wyturlałem się z wygodnego łóżka pierwszym moim celem okazał się prysznic. Szybka kąpiel jako tako postawiła mnie na nogi, a gdy wysuszyłem się dobrze, ubrałem swoje ubranie, które zakosiłem po drodze z pobliskiego targu. Baba handlująca tymi łachmanami nawet nie zauważyła gdy podwędziłem jej białą koszulę i skórzane portki.
Tak uszykowany, zabrałem się za przeczesanie włosów. Zrobiłem to oczywiście palcami. Nie noszę grzebienia, nie jestem przecież pedałem, nie? Wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi na klucz, który to schowałem za kieszeni wewnętrznej swojej kurtki. Tę kurtkę zawsze mam na sobie. Jest moja, jedyna rzecz, jaką uczciwie kiedyś zarobiłem.
Gdy wyszedłem na ulicę od razu uderzył we mnie gwar uliczny. Gdzieś nade mną wysoko przeleciał smok, rzucając tym samym cień na ziemię, stragany, domu, wieże i tak dalej... Tak nawiasem mówiąc, to nigdy nie byłem na Eter. Stolica smoków, czy jakoś tak? Nie wiem, w sumie mniejsza. Nagle przystanąłem, ponieważ w powietrzu wyczułem znajomą aurę. O tak, nie było szans na to bym się pomylił. To była ona.
Niema i jej zoo.
Zakradłem się więc jak najbliżej niej. Akurat przechadzała się między stoiskami. Nie dbałem o to, czy mnie zauważy czy nie. Jeśli nie, to będzie zabawa. Wystraszyłbym ją. Jeśli mnie spostrzeże, to stanąłbym się wtedy jej cieniem. Szedł bym krok w krok za nią. Nękałbym aż do znudzenia.
Tak czy siak... zapowiadała się niezła zabawa.
Ulokowałem się dość blisko niej. Miałem na nią doskonały widok. Teraz pozostało mi jedynie czekać, aż mnie zauważy. W międzyczasie zakosiłem sobie jabłko, zgłodniałem z tej całej ekscytacji.
< Eshia? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz