Byłam tak wdzięczna Amarisie. W piersiach czułam taki przyjemny uścisk. Ta dziewczyna mimo wszystko starała się zastąpić mi po części Saki. Wiedziałam jednak, że ona nie da rady. Nie chodzi o to, że jest lepsza, gorsza, czy mniej się stara. Po prostu jest inna. Jest Amarisą, a nie Saki.
Uśmiechnęłam się do niej szeroko, pragnąc przynajmniej trochę ją wesprzeć. Następnie pobiegłyśmy najszybciej jak to możliwe do sali prób.
Usiadłam na środku. Ze wszystkich stron otaczały mnie smocze jaja. Delikatne promienie słońca oświetlały wielobarwne skorupy jaj. Panowała wprost idealna cisza. Absolutna, nieprzerywana żadnym dźwiękiem, cisza.
Nie padło żadne słowo. Czy to w moim umyśle, czy w sali. Zrezygnowana powoli wstałam i ponownie przeszłam się między jajami. Nic, cisza, zero, nul, pustka… Najwyraźniej moim przeznaczeniem nie było zostać smoczym jeźdźcem. Wtem do sali ktoś wszedł. Była to smocza opiekunka niosąca jaja. Spojrzała na nas podejrzliwie i na chwilę się zamyśliła.
- Chodźcie. Coś wam pokaże - powiedziała i ruszyła w głąb sali.
Nie zrobiłam dwóch kroków gdy w mojej głowie rozległ się przeszywający krzyk radości.
- Eshia! Wreszcie jesteś!
< Dziewczęta? (Do adminki: Plissss. Samczyk ^^)>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz