22 grudnia 2019

Od Hal'a

Wschodzące słońce brutalnie przedarło się przez zatrzaśnięte okiennice, a uliczny gwar pomimo założonej na głowę poduszki, dotarł do uszu, rozciągniętego na skromnym posłaniu chłopaka. Stęknął cicho pod nosem, przewracając się przy wtórze cichego skrzypieniem drewna na plecy i zdejmując pościel z twarzy wypuścił powietrze z płuc. Wczoraj około godziny północnej udało mu się dotrzeć do bram stolicy. Gdyby nie zalani w trupa strażnicy, tę noc również spędziłby na gołej ziemi. Nie lubił ludzi nie przekładających się do własnej pracy, jednak akurat tą niekompetencję chętnie by pobłogosławił. Ostatnio rana zadana mu przez dzikie zwierzę zaczęła się jątrzyć, a ostry zapach gnijącego mięsa tylko coraz bardziej niepokoił podróżnego. Bardzo nie chciał udawać się do medyka, a tym bardziej podejrzanego szamana z kniei niedaleko. Tym razem jednak najwyraźniej bez szpitala miało się nie obejść.
Czarnowłosy usiadł na posłaniu spuszczając obolałe od długiej jazdy w siodle nogi i spróbował wstać. Jednak jedynie na próbach musiał poprzestać. Uraz dał o sobie znać. Szarpana, głęboka na pół cala, a długa na cztery cale rana ponownie się otworzyła, brudząc śnieżnobiałą poszewkę, ropą i krwią. Zdecydowanie wyglądało to paskudnie. Jeżeli dalej nie poddawał leczeniu zranienia, prawdopodobnie wdałoby się zakażenie. Zakładając oczywiście, że jeszcze tak nie było.
Chłopaka w końcu ustawił się w pionie i w grobowej ciszy, prędko przyodział swój zwykły strój. Brązowe spodnie, zieloną lnianą koszulę, wysokie skórzane buty z obcasami ułatwiającymi jazdę w strzemionach, czarną kurtkę oraz wypłowiały z dawnej intensywnej czerwieni wełniany płaszcz. Zapiął na biodrze swój podstawowy ekwipunek, a w rękę chwycił wystrugany parę dni wcześniej drewniany kostur do podparcia, który w przypadkach większego zagrożenia miał również służyć do obrony. Nie chcąc ryzykować nieprzyjemnych pogawędek ze strażą, ukrył swój półtora-ręczny miecz w dziurze pomiędzy deskami stropowymi. Ludzie mają to do siebie, że rzadko patrzą w górę. Nie martwiąc się dłużej o swoje bezcenne ostrze, wyszedł z gospody. Zapłacił z góry za pięć dni pobytu więc mógł spokojnie wykurować się w zacisznym pokoju na poddaszu, nie szukając po nocach wolnego pokoju.
Utykając i klucząc w krętych uliczkach miejskiej dżungli, czuł, że z każdym krokiem opuszczają go resztki sił. Czuł przyspieszone bicie swojego serca, oraz kropelki potu zalewające oczy. Gorączka. Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu przed utratą przytomności, więc oparł się jedyni o najbliższą powierzchnię, wyczuwając pod palcami chłód żelaza, pół przytomnym wzrokiem spojrzał w górę. Gdyby miał siłę odskoczyłby czym prędzej. Znajdował się właśnie przed najbardziej rozchwytywanym uniwersytetem, gdzie mogli dostać się jedynie wybrani. Wrota, o które teraz tak bezkarnie się opierał prowadziły wprost do Smoczej Akademii.

< Ktoś? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz